Felietony i Porady

Tomek Gąsienica-Józkowy Tomek Gąsienica-Józkowy RAJSTOPY, KAWA I GOŹDZIK czyli LICENCJA NA...UBIERANIE (2)

RAJSTOPY, KAWA I GOŹDZIK czyli LICENCJA NA...UBIERANIE (2)

Stylista - słowo, które w Polsce nie kojarzy się dobrze.

To bezczelny i nie przebierający w słowach gej, przemądrzała celebrytka, oceniająca innych, choć sama nie potrafi się dobrze ubrać; czy wylansowana do granic możliwości "pani z telewizji" o nieznanej twarzy, a znanym nazwisku, przebierająca (raczej z marnym skutkiem) uczestników programów typu : "Gwiazdy grają na nerwach"...

Taki, mniej więcej, odbiór przez "przeciętnego zjadacza chleba" zgotowały stylistom media oraz - nie czarujmy się! - oni sami. A wszystko po to, żeby... jak najlepiej "się sprzedać". 

I dobrze - bo "sprzedać" się trzeba, zwłaszcza, gdy człowiek na czymś się zna. I trzeba jakoś to pokazać. Tylko...JAKOŚ wcale nie oznacza BYLE JAK. A "osobowość", charakter i rozpoznawalność powinny być dodatkiem do wiedzy, umiejętności i kreatywności, na której przecież opiera się ten zawód.

I od razu wyjaśniam - żeby nie było wątpliwości - bardzo lubię i cenię pracę wymienionych wcześniej osób, których tożsamości zapewne większość się domyśliła. Natomiast mój rozbudowany "opis" nie jest odzwierciedleniem moich poglądów (no dobra - nie wszystkich!), lecz powstał na podstawie opinii, które zdarza mi się słyszeć na ich temat. Na swój również.

Opinii, nie do końca prawdziwych, choć funkcjonujących w tzw. społeczeństwie.

Niestety - i tutaj pewnie kilka osób (nie tylko z mediów) się na mnie obrazi! - to właśnie "bylejakość" sprzedaje się w naszym kraju najlepiej. Więc nawet najlepszy w swoim fachu, żeby zaistnieć, musi albo dostosować się do panujących warunków, zależności i oczekiwań, albo walczyć z nimi. Ostatecznie może jeszcze wyjechać , ale wcale nie jest powiedziane, że nie trafi, jak to mówi przysłowie, " z deszczu pod rynnę".

I ma do wyboru:  "odwalać" swoją robotę, która da mu jakieś zabezpieczenie finansowe, ale nie do końca da mu możliwości rozwoju albo "walczyć", nie wiedząc czy odniesie sukces, a ta walka sprawi, że nie będzie miał tak naprawdę czasu na to, na czym najbardziej mu zależy, czyli na pracę. Może też próbować połączyć te dwie rzeczy - to już jego decyzja i nikt nie powinien jej oceniać.
A konsekwencje...No, cóż - o nich w kolejnym felietonie

W całym tym "medialno-szołbiznesowym" zamieszaniu wszystko zostało zmielone w papkę, papka polana" sosem wyjątkowości", podana dalej i... powstał mocno wybrakowany obraz zawodu, który mnie osobiście przywodzi na myśl skojarzenie ze współczesną opinią na temat obchodów Dnia Kobiet w zakładach pracy przed laty. "Biedne" panie otrzymują w prezencie paczkę kawy, rajtki z klinem oraz wiecheć przywiędłych goździków z asparagusem, zawinięty w celofan, a wszystko robione jest dla zasady i "żeby nie było, że nie doceniamy!" Straszne to, ale...prawdziwe. I nikt nie pamięta już ( bo nie chce?),  o co tak naprawdę chodzi. Ani jaki jest sens i celowość pracy stylisty A "szczerość intencji" to zwrot, który, jeśli w ogóle istnieje, to tylko w słowniku słów nieużywanych...

Zresztą ta właśnie "szczerość" (a może jej brak?!) przyświecała tym, którzy zdecydowali się sprowadzić do Polski najpierw pewien brytyjski program "modowy", a potem jego gospodynie. W założeniach chodziło zapewne o to, żeby pokazać i wyjaśnić na czym polega dobre ubieranie, tak siebie, jak i innych.

Owszem - ładne opakowanie, szykowna oprawa, świetna realizacja, ekskluzywne ciuchy oraz dwie Panie, które... No właśnie...

Nie wątpię w ich znajomość mody oraz zasad ubierania, mnie samemu udało się nawet "wyłuskać" z ich programu kilka cennych uwag.

Szkoda tylko, że kosztowało mnie to aż tyle wysiłku.

Musiałem bowiem przebrnąć przez problemy egzystencjonalno-małżeńsko-rodzinno-seksualne uczestniczek, "wyłączyć" słuch na wrzaski i krzyki, "ochy" i "achy" i  inne dźwięki wydawane przez obie strony, udawać, że jestem ślepy i nie widzę tego, w co "wyubierane" są goszczące w programie kobiety. Nie mówiąc już o samych prowadzących.

Potem jeszcze ominąć wszystkie sztuczki i zabiegi podnoszące oglądalność, wmówić sobie, że wcale nie oglądam opery mydlanej, a na koniec przenieść to wszystko na polskie i światowe realia, bo jak wiadomo "Co kraj, to obyczaj"!

Gdybym tego nie zrobił, okazałoby się, że wszystkie Polki są brzydkie, głupie i „tempe”. Nie dbają o siebie, nie mają za grosz gustu, za to problemów, głównie ze sobą, i kilogramów - w nadmiarze. Groszem również "nie śmierdzą". I tylko te cudowne Angielki, niczym Dobra Wróżka z "Kopciuszka" mogą zamienić ich nędzny żywot w bajkę. Pewnie by mogły, gdyby nie to, że chyba trochę... pomyliły zaklęcia. I chwilami opowiadały takie bzdury, że ręce opadały.

Jak rany! Rozumiem, że takie jest założenie programu, rozumiem, że mieszkanki Wielkiej Brytanii mogą mieć takie problemy, dopuszczam nawet to, że i niektóre nasze rodaczki również, ale... bez przesady!

Nie róbmy z ludzi niedorozwojów, nie porównujmy Polek i Brytyjek (nie tylko dlatego, że w kwestii urody "nasze" Panie zdecydowanie wygrywają tę rozgrywkę!). A przede wszystkim nie twórzmy programu w oparciu o szablon, który niekoniecznie do wszystkiego i do każdego pasuje.

I nie wmawiajmy nikomu, że kilka nowych "szmat" zmieni całe życie! No, dobra, nie przeczę, zakupy poprawiają humor, ale... czy na pewno każdemu? Czy na pewno, po takim programie, każdemu będzie lepiej? Nie byłbym tego taki pewien.

No chyba, że chodzi o to, żeby zrobić z kogoś pośmiewisko, a przy okazji z widza przed telewizorem uczynić "samozwańczego" specjalistę od mody, po to tylko, żeby nie spadła oglądalność. Bo przecież nie ma większej „radochy”, niż pośmiać się z bliźniego i nie ma lepszego "znawcy", niż ten w fotelu, przed odbiornikiem.

W efekcie otrzymamy bowiem "(s)twora", który na modzie może się i zna, ale na ubieraniu już niekoniecznie i do którego sympatią raczej pałać nikt nie będzie.

Nie chodzi oczywiście o to, żeby do niego "pałać" czymkolwiek, nie do tego jest nam potrzebny stylista, ale o to, żeby nas czegoś nauczył, podzielił się swoją wiedzą i umiejętnościami, pozwolił i nam znaleźć się w świecie mody. 

Pseudo-psychoanalizę i poradnictwo psychologiczne zostawmy jednak komuś, kto się na tym zna lepiej...
Owszem, stylista to też człowiek i też musi korzystać ze zdobyczy nauki i wiedzy. Nie przeczę, że znajomość psychologii przydaje mu się w kontakcie z klientem, w rozmowie z nim i w przekonaniu go do czegoś. 

Byle tylko robił to z umiarem i z klasą i w sposób adekwatny do i zrozumiały dla swojego "odbiorcy", a nie pompował niepotrzebnie niby-ambitnego balonika. On i tak w końcu pęknie z hukiem i nie zostanie z niego nic. No, może kilka strzępów i straszny niesmak.

Co gorsza te "strzępy" zamienią się potem w zaczarowany sposób, niczym w innym angielskim bestsellerze, tym razem książkowym, w dogmaty, a ich twórcy w wyrocznie wszelkiej maści. A potem wszystko i wszyscy wylądują w jednym worku, na dodatek dziurawym, z napisem : "STYLISTA".

Dlatego, że niektórym wydaje się, że obejrzenie kilku odcinków programu o modzie, wysłanie kilku sms-ów za 4zł + vat, przeczytanie ( niekoniecznie ze zrozumieniem) kilku modowych blogów  oraz zakup kilku "dizajnerskich" gadżetów, wystarczy. Że już posiedli licencję. Nie tylko na ubieranie...

0
zdjęć
w galerii

Tylko zarejestrowani użytkownicy portalu sophisti.pl mogą komentować publikowane treści.
Jeśli posiadasz konto sophisti.pl zaloguj się aby dodać komentarz.
Posiadacze kont FB mogą korzeystać z funkcji szybkiego logowania Zaloguj przez Facebook

Komentarze użytkowników sophisti.pl